07 października 2007
Polska wtórność
Pamiętam dobrze moją rejestrację na Gronie. Dostałem zaproszenie od znajomego z liceum i przyjąłem je z uwagi na ciekawą formę serwisu. Dołączenie do zamkniętej społeczności, dostępnej tylko przez znajomych będących już w środku, przypominało uczestniczenie w inicjacji w tajnym bractwie. Była to nowość, a zarazem poczucie pozytywnego odizolowania od szumu i uczestniczenie w czymś ważnym (podkreślane przez „badawczy” charakter Grona).
Lecz Grono w końcu przeszło metamorfozę. I nie chodzi o to, że w moim odczuciu negatywną – sieć znajomych musiała się rozszerzać i wpłynęło to na jakość społeczności. Chodzi raczej o brak innowacji – w moim odczuciu – brak rzeczy interesujących, brak tego pierwiastka który odpowiada za chęć zapoznania się ze stroną od deski do deski. I mimo wszystko rozumiem chęć zarobienia na projekcie, w który pompowano pieniądze.
Ale obawiam się, że zatracono priorytety. Obawiam się, że większość tego co jest produkowane w polskim Internecie jest bazowane na obserwacji sukcesu zachodniego. Tylko, że w ten sposób nie da się go powtórzyć. Bo o ile pomysł jest pierwszym krokiem do zbudowania czegokolwiek i ciężko czasem wymyślić coś unikalnego (a niektórzy mówią, że wszystko już wymyślono), tak realizacja powinna polegać tyko i wyłącznie na kreatywności i umiejętności łączenia kropek.
Tak się nie dzieje. Nie chcę zagłębiać się w detale, ale widać wiele polskich serwisów, które oprócz inspiracji pomysłem, inspirowane są także funkcjonalnością i niekiedy unikalnymi rozwiązaniami zagranicznych pierwowzorów. Widać dodatkowo, że większość nich nie jest dostosowana do realiów w jakich żyjemy, jest po prostu kopią. Kopiujemy, bo wydaje nam się, że to nas zaprowadzi do sukcesu na skróty.
Nie tak powstał Flickr, Del.icio.us czy Last.fm albo Twitter. Nie taką genezę miał Digg. Web2.0 wybuchło w Internecie, ponieważ zdolni ludzie dostali proste narzędzia opakowane w standardy i mogli za ich pomocą wyrazić wszystko to o czym marzyli.
Wszystkie te serwisy warte są miliony i pewnie to zachęca wszelkich naśladowców. Zrobimy stronę, a potem opchniemy ją (tu wstaw dowolnego giganta) – ale tak się nie da. Ponieważ za ikonami Internetu stoi chęć jego zmiany na lepsze, a nie napełnienia sobie kieszeni forsą.
Naśladowanie nie jest złe, inspiracja jest najlepszym pochlebstwem – tylko, że my już dawno przekroczyliśmy granicę dobrego smaku. Powstają blogopodobne serwisy o gadżetach, które powielają schemat amerykański, który nie przyjmie się u nas. Kopiowane są serwisy niszowe z tą samą pulą opcji, bez baczenia na różnicę potrzeb oraz fakt, że nisza w USA = nasze Grono.
To jest standard i ja to rozumiem, bo pieniądze rządzić muszą nawet Internetem. Przestaję jednak rozumieć, kiedy typowe copy-cats są lansowane na innowacje, kiedy próbują zebrać publikę wśród osób wymagających (których np. stanowię część) i kiedy są przedstawiane jako osiągnięcia polskiego Web2.0.
Nikt zdaje się nie mieć wstydu, gonienie za pieniądzem przesłania rozsądek. Są oczywiście wyjątki, tylko że to właśnie one powinny być na topie, a nie odwrotnie. Tak jak klony YouTube w USA są nisko w rankingach, tak nasze polskie kopie powinny zbierać okruszki.
A może tak musi być? Widocznie Polska taka już jest, dostając w tyłek od historii na lat 50, musi dalej kultywować tradycję „postaw się a zastaw się”. Dumnie krocząc wśród prawdziwych talentów, udając jak nasz prezydent, że mają 1,8m.
Jednak byłoby to bardzo dziwne, ponieważ znam wielu zdolnych ludzi, skłonnych zrobić coś wystrzałowego. Dlaczego więc rezultat jest tak mizerny, że kopiujemy nawet pomysły na wpisy o Web2.0 z Techcrunch? Czy za wszystkim naprawdę stoją pieniądze, a idealiści tacy jak ja urwali się z kosmosu?
Patrzę jednak na autorów społecznościowych potęg i widzę ludzi kochających to co robią. Nie biznesmenów.